Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ilustrations. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ilustrations. Pokaż wszystkie posty

sobota, 29 września 2012

Moving from your back

Chcę czegoś więcej od życia prócz pochłaniania ogromnych ilości książek, muzyki, filmów i wierszy. To bardzo przyjemne móc się temu oddawać, ale to za mało. Bo jakie znaczenie ma pisanie esejów, prac naukowych o tym, czy tamtym? W zamian dostaje się tylko kartkę z komentarzami, albo recenzje, albo kolejne strony słów, słów, słów, teorii, polemik... To wszystko jest tak naprawdę jałowe, komu pomaga? Hiperintelektualistom i nadwrażliwcom, którzy mogą zamknąć się w hermetycznym świecie, w którym czują się bezpieczni? Też tego chciałam. Tak mi się wydawało. Ale teraz chciałabym z tego ocalić resztki zainteresowania i przejrzystości, przyjemności  i świeżego spojrzenia. Nie wiem, czy jeszcze się da. Chcę czegoś więcej, ponad spędzenie życia w kulturze, w codzienności pełnej pochłaniania estetycznych wyrobów, cudzych konfesji i migotliwych metafor - one tak szybko gasną. Chcę czegoś na dłużej. 
Tylko jak się teraz wyplątać? jak Znaleźć?

A do tego postanowiłam się nie zakochiwać na razie. Już w ogóle na razie i nie wiem i po co. Chyba dosyć.

Tak szybko mijamy, po co tyle tych zdań i prób porządkowania słowami.





wtorek, 22 maja 2012

Seo Jeong-ju...






Rose Sanders

Na zachętę, także dla siebie, by niektóre wieczory spędzać przy wyłączonym komputerze, słuchając tylko szelestu kartek i może skrzydeł?



wtorek, 24 kwietnia 2012

Title of my bridgehost

"Do your nails green
While singing your keen
Wear your pretty skirt
While tearing his shirt
Don't fall in love with wrong man again
Before going mad, please, count to ten
Don't cry a tear whatever you've heard
No bastard will hurt the Yellow Blackbird"

Rymowanka, którą napisała dla córki (nazywanej w domu Yellow Blackbird) matka, gdzieś w farmerskiej Ameryce. Znalezione kiedyś na blogu (?) tej córki, ale dawno i nie pamiętam jakim dokładnie.

A skojarzyło mi się z tym: NJ




poniedziałek, 13 lutego 2012

Oveer the seaside and far away...

Skończyłam ostatnią "Anię...". I to już nie była ta sama Ania. Wiadomo, chwyt marketingowy, że "nowe przygody" - to raz. Dwa - po tylu latach i doświadczeniach czytelniczych styl Lucy Maud był dla mnie momentami nie do zniesienia, niczym pensjonarskie gryzmoły. Każde opowiadanie ma podobną fabułę, kiczowate okoliczności i sentymentalne zakończenie. Kwiatki w stylu "burza jej loków" i "grafitowa głębia oczu" na porządku dziennym. Ania i Gilbert papierowi, nieżyciowi, płascy. Mogłabym tak wymieniać długo. Z zaskoczeń? Niedopuszczalna w poprzednich tomach tematyka niechcianych ciąż, zdrad, wojny, okrucieństwa śmierci, wątki horroropodobne. 
W zasadzie rozczarowanie, nie książką, lecz faktem, że "to już nie to". Że ja się od Ani oddaliłam i ona oddaliła się ode mnie. Choć kiedyś byłyśmy nierozłączne, gdy ja byłam romantyczna i niewinna. 
Jednakże magia nie uleciała do końca. Ostatni tom liczy 600 stron, a ja, mimo jego wad, nie porzuciłam go. Czasem otwierałam na siłę, to fakt, ale gdy już wchodziłam do środka... Tak, wciągał mnie beztroski, odrealniony świat łąk, klifów, sadów, truskawkowych polanek i domów z duszą. Wciągał, wykrzywiony dalece niewybitnym stylem Maud, świat prowincjonalnych uroczystości, życia bliskiego ziemi. A w końcu, aż wstyd się przyznać, ale po 500 stronach nieustannej indoktrynacji w tym kierunku, zamarzyła mi się znów kiczowata, sentymentalna miłość, nierealna i romantyczna do bólu. W stylu: 
"Kochali się codziennie, w każdy szmaragdowy, delikatny wieczór i noc lśniącą kryształowym przepychem. Mówił jej szalone, cudowne rzeczy. Czy ktokolwiek mógłby powiedzieć coś takiego Maggie McLean pochrapującej teraz na krześle? Przypomniała sobie wschody księżyca, które obserwowali na odległych plażach, gdzie bielały szczątki starych okrętów."
Dobrze, powściągnijmy kpiąco-rozmarzony uśmiech. Odrzućmy stylistyczny ostracyzm. 
Ten tom różni się od poprzednich. Gdyby poświęcić czas na uważniejszą analizę (brrr...) okazałoby się, że jeży się tu od naprawdę ważnych, ale prostych i bliskich życiu morałów. Może nie morałów - raczej wniosków, przemyśleń. Refleksji autorki, która sama miała wątpliwości. Można o tym poczytać w posłowiu. Mniejsza o tekst. Chodzi o życie. Życie w tak utopijnym światku jak ten z książki, ale i nasze życie - proste odpowiedzi na trudne pytania. I chwila podróży w dziewczęce, nieskalane strony wyobraźni. Wyobraźni...? 
600 stron niby znużenia, ale jakby żal odkładać. I na dodatek kręci mi się w głowie dziwna myśl - a może da się wrócić, czytając raz jeszcze wszystkie tomy od początku?

Gary Blythe (nomen omen) stworzył kilka ilustracji na okładki "Ań". Trudno je namierzyć w sieci, ale się udało. 
Niech taki więc pre-walentynkowy komentarz, tyle w tym temacie:









poniedziałek, 28 listopada 2011

You lost my favourite cancer


by Meeri Anneli



There are moments when I feel I can go to bed with anyone. Fuckin' sad.



Yes, I know - my life is more than heaven.

poniedziałek, 27 czerwca 2011

Tyrhenum

 Dwa fragmenty, które ostatnio zatrzymały i wzruszyły nieco ciężki kamień w machinie przewartościowywania.


" Więc wydaje się oczywiste, że nie wolno ulegać acedii [...]  Nie wolno stawać po stronie nicości, wzmagać cierpienia, szerzyć śmierci (także własnej). Trzeba tworzyć, choćby i z rozpaczy: skoro nawet z rozpaczy daje się uczynić coś, a nie nic, obezwładnia się i rozpacz, i nicość; być może nawet bardziej niż w dziełach wyrosłych z radości, naśladuje się w ten sposób akt Stworzenia. Pojęcie twórczości oznacza tu również zwykłą pracę, mozolne przeciwstawianie się postępującemu rozpadowi. Walkę z bezwzględnością przyrody. Z fetorem nieumytych zębów, bałaganem nie zaścielonego łóżka, zwierzęcym upraszczaniem form towarzyskich. Abnegacją. "Najmniejszą rzecz zrobić dobrze - jest trudno", bo to oznacza powiększenie, przedłużenie kredytu zaciągniętego u nicości na istnienie. A ona, jak niecierpliwy wierzyciel, stoi u drzwi. Podsuwa myśli o jałowości wszelkich starań. Dość o tym."

Jerzy Sosnowski




Tu ne quaesieris—scire nefas—quem mihi, quem tibi
finem di dederint, Leuconoë, nec Babylonios
temptaris numeros. ut melius, quicquid erit, pati!
seu plures hiemes, seu tribuit Iuppiter ultimam,
quae nunc oppositis debilitat pumicibus mare
Tyrhenum. Sapias, vina liques, et spatio brevi
spem longam reseces. dum loquimur, fugerit invida
aetas: carpe diem, quam minimum credula postero.


Don't ask what end the gods have laid down for us, Leuconoe, 
it's wrong to ask: don't play with Babylonian horoscopes.
It's much better to put up with whatever comes, 
wheter Jupiter grants us more winters, or whether this is the last now 
exhausting the Mediterranean of the cliffs that block its waves.
Be wise, strain the wine, and prune back your hopes to the short term. 
While we're talking, jealous time has already fled: 
seize the day and put as little trust as possible in tomorrow.

Horace



.

.