Pokazywanie postów oznaczonych etykietą refleksja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą refleksja. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 26 kwietnia 2012

What is that, sir Graham?

      Niesamowite jest wracanie do swoich starych blogów i czytanie. Budzę uśmiech sama w sobie, bo to nie ja. Zadziwiające, że nawet opisywane niegdyś traumy, traumusie były i pewnie nadal są przerażające, ale ubrane w słowa z wtedy, stają się dziś dziwne, łagodne, zastanawiające. Niesamowite, że niektóre czucia ciągną się do dziś, ale czytając o nich mam wrażenie, że to inna bajka, że to odległa, śmieszna trochę historia. I jak to człowiek nie wie, czego tak naprawdę chce. Nie wie czego chcieć.  Na gorzki śmiech mi się zbiera, gdy czytam jak to jest w życiu niby " za mało pytań, za mało omówień, za mało obrazów, za mało dźwięków i metafor". Masz, dziewczyno teraz metafor od ch... Jak pałasz rozkoszą do ich rozkładania i analizowania! "Artystka"?! Teraz to ostatnie, co chciałabym o sobie powiedzieć, uciekam do konkretów, konkrety dają poczucie sensu i stałości. A przynajmniej ich widmo. I co z tego, że "świetnie piszę?" Co z tego? Zeugma, syndekdocha, katercheza. "Elita inteligencka"... nie, nie, nie. O ile szczęśliwsi są prości ludzie! I tak, ja chciałabym, żeby w teatrze były żyrandole, a nie świetlówki. Żeby deklamowali Słowackiego, a nie egzystencjalia z przerywnikiem w postaci: jebana kurwa. To mam we własnej głowie. W teatrze chcę sukni, kapelusza i estetycznej nieżyciowości.Tak właśnie. 

Ale zboczyłam chyba z tematu... Wracając, śmieszą mnie i peszą i te, niby mimochodem przemycane autobiografizmy, które i tak są formą zwierzeń niezupełnie subtelnych. 
Mniejsza z tym jednak. Bardziej od tego wszystkiego zadziwia efekt przejścia. Czytam swoje życie z roku 2010, a potem podnoszę wzrok znad laptopa - i co? jestem 180km od miejsca wydarzeń, w mieszkaniu blokowym, ludzie z tamtego czasu w większości lub po części zniknęli z mojego >teraz< (jakaś część niestety ma pecha - generalnie mojego - że pałęta się ze zdwojoną siłą po meandrach mojej wyobraźni, wyrzutów, kompleksów i słabości)...e, właśnie zdałam sobie sprawę, że znowu uprawiam "nibymimochodny autobiografizm", który tak mnie dżaźni w dawnych postach... e, tak... reasumując...jestem jakieś godziny (ale jednak) świetlne od tamtego czasu/tamtej mnie/tamtego świata, jestem w jakiejś czarno-kolorowej dupie i chyba jestem innym człowiekiem i nie mam seledynowego pojęcia, gdzie to wszystko zmierza, mam nowych, niedotartych znajomych, którzy niewiele znaczą i jadę z życiem na dwa miejsca, czyli w zasadzie nigdzie, codziennie odwiedzam brzuchy kilkunastu autobusów i wyglądam z okna z widokiem na ponoć najpiękniejsze miasto Polski, piszę blogi i zalewam się przetwarzaniem swoich myśli, niby innych, a jednak tych samych. Wiem jednak już teraz, ze nic nie jest takie, jakie się wydaje, ze jest, czy że będzie...i...i...i... głupie, ale chyba jednak:

wszystko się zmieniło, a poza tym zmieniło się niewiele (sic!!!)


Czuję, że głupia byłam. Te wpisy mnie rozkładają na łopatki i zniebieszczają i rozmemływają jak Iwonę Księżniczkę B. Ale za kolejne dwa lata taką samą reakcję wywoła we mnie pewnie i ten wpis. Czy kiedyś się to w dorosłości zatrzymuje? Czy jest się wreszcie dłużej na jakimś stadium? Choćby słowno-percepcyjnym? Czy już do końca będę się śmiała sama z siebie dawnej, co w gruncie rzeczy oznacza nie-dumę? Wniosek z tego, że jestem głupia i teraz. Cóż, na pewno głupsza niż wszyscy inni "hiperzaangażowanihiperinteligetniizapanbratzdyskursamikulturowymi" studenci.
I co zrobisz, jak nic nie zrobisz.

PS. Wszystkie moje powyższe wynurzenia poszły się paść, gdy odnalazłam stary blog mój i Czerwia (ten sam rok 2010 i miesiące), gdzie nibyżetoja piszę w sposób zgoła inny i wcale z politowaniem mi się uśmiechać nie chce, bo to jednak fajne było i z jajem i z taką jakąś wisdom, której nie bardzo pamiętam ani z teraz nawet, ani z wtedy.


niedziela, 22 kwietnia 2012

More than I asked

Nie da się ukryć, że dorośliśmy. Czy to proces, czy skończyło się w dniu, gdy Rojek odszedł z Myslovitz, nieważne. Jesteśmy po stronie papierosów, zatrudnień, małżeństw, obcasów, wózków, podróży po świecie, związków partnerskich, zleceń, nieobgryzanych paznokci, nowych etapów, mieszkań, roślin w doniczkach, warzyw na patelnię, recenzji, pogodzenia się z pewnymi faktami, uśmiechu Bree van der Kamp, racjonalizacji, rachunków, zsuniętych prześcieradeł, mostów na więcej niż jedna rzece, nudnych rozmów, niepogodzenia, wytartych fraz, lepionych relacji, kompromisów, awantur, cudzych skarpetek w koszu na pranie, liścików na stole, kart płatniczych, kryzysów wiary i pracy w ogrodzie.

Wolność, pojedynczość, oswojenie, samotność, pogodzenie, tęsknota, radość.


środa, 28 marca 2012

Stand up, antidotum show

To będzie bardzo nietypowa notka. Postanowiłam się podzielić refleksją trochę bardziej publicystyczną, co samo w sobie jest totalnym zaprzeczeniem tego bloga, ale tu nie ma granic, więc dlaczego nie.

Do rzeczy jednak: 
Na jutrzejsze zajęcia z poetyki mieliśmy przejrzeć bloga Kasi Tusk (nie pytajcie, pani doktor jest miłośniczką kontrowersji, co objawia się wyjątkową predylekcją do obrazoburczych, intertekstualnych gifów z Chrystusem w roli głównej) oraz przeczytać artykuł na jego temat (bloga Kasi, nie Chrystusa) napisany przez dwie młode, zapewne ponadprzeciętnie inteligentne, genderowo dokształcone, literaturoznawczo przefiltrowane absolwentki Ważnych Uniwersytetów, artykuł zamieszczony w internetowym Przekroju. To zadanie komparatystyczne mniej miało związku z treścią "dzieł", raczej chodziło o sposób tworzenia współczesnej mitologii wg Rolanda Barthesa, niemniej refleksje mam zupełnie nie na ten temat. 

Blog Kasi jaki jest, każdy widzi. Miliardowa kalka lifestyle'owych stron miłośniczek mody. Siedzimy na blogspotach, wiemy o co chodzi. Każda z tego typu blogerek jest bliźniaczo podobna do swojej 'inspiratorki' oraz epigonki, łańcuch (w tym sezonie pastelowych, baskinkowych i glamrockowych) dolin ciągnie się przez wszystkie zachodnie i zachodniopretendujące kraje świata. Bzdura jak każda inna, ale ładne dziewczęta i ładne zdjęcia, co z tego, że z przeciętną Amerykanką/Niemką/Tajką/Australijką/Polką (sic!) nie ma to photoshopowane życie wiele wspólnego. Nie wiem jak to działa, że te wszystkie "przeciętne" i tak lubią te blogi oglądać, zamiast wzniecać postrewolucję w stylu "Burżóje - nie stać nas nato!!!" , ale działa. I niech działa, jeśli choć trochę rozjaśnia czyjś dzień (w końcu memento mori, każda chwila radości jest na wagę złota). 


Panie Absolwentki wytoczyły działa i siedząc w opancerzonym wozie erudycji, wyższości akademickiej, z powiewającą flagą Feminizmu, zaczęły strzelać. Że Kasia "projektuje i promuje obraz świata pożądanego przez aktualnie dominującą opcję polityczną. Zachęca dziewczyny do skupienia się na domu, ciuszkach i innych kobiecych zajęciach" , że "jest nachalną promocją głoszonej przez konserwatywną wyższą klasę średnią wizji kobiety konsumentki". Racja, jest wizją kobiety konsumentki. Jest robocikiem stylu zachodniego, jest śrubką w machinie komercji i konsumpcji. Ale kto nie jest? Kasia jest dzieckiem kultury, której wszyscy pragnęliśmy. Dzieckiem zbytku, bezrefleksyjnego kupowania, zatarcia się wartości pozamaterialnych. Ale to tak stara śpiewka, ze nawet nie mam ochoty jej rozwijać. Znam przynajmniej setkę dziewczyn takich jak panna Tusk. Nie jest to nic nadzwyczajnego dzisiaj. Ubolewam bardzo, ale kijem tej rwącej rzeki się nie zawróci. Myślę, że wciskanie teorii jakoby blog Kasi był jakąś strategią polityczno-społeczną, jest po prostu śmieszne. Dziewczyna jest po prostu kolejną z, naprawdę masy kobiet/ ludzi w ogóle uprawiających taki styl życia. Kobiet, które prowadzą tego typu strony. Kiedyś pisało się fanfiction o Harrym Potterze, teraz pisze się blogi o modzie, pije kawę ze Starbucksa i kupuje zielone kopertówki w H&M. A że Kasia Tusk jest Kasią Tusk i córką premiera nie ma tu nic do rzeczy, równie dobrze mogłaby nazywać się Anita Kwiatkowska, czy Ewa Wilk. No dobrze, może ma znaczenie o tyle, że jej pochodzenie zwiększa ilość czytelników, a przez to i niepoczytalność ;)  Jej blog jako strategia polityczna?! No chyba nie.

Co do teorii, że Kasia i blogerki w tym nurcie promują określoną wizję kobiecości... Tak. Promują. Promują bycie zadbaną, wyluzowaną laską z mnóstwem szmalu. Promują młodość i witalność, promują szał zakupów i snobizm, promują kobiece rozrywki i słabość intelektualną. Ale umówmy się, że ta "statystyczna" Niemka/Tajka/Polka/Greczynka widzi w tym spełnienie. Można snuć niekończące się dyskursy jak to zachodnia cywilizacja otumania, jak to rzesze obywateli zapominają o życiowych prawdach, o rzeczywistości, odwiecznych prawach i wartościach, o śmierci, o poświęceniu, o tradycji. Tak, zapominają. I po raz kolejny sądzę, że to jest rozlane mleko. Tak jest i już. Nie wydaje mi się, żeby tak ukształtowane kobiety/dziewczyny miały dla siebie inną wizję szczęścia. Nie wiem, czego oczekiwałyby od "statystycznych" autorki artykułu. Żeby czytały Naomi Klein i robiły protesty w zakładach pracy? Albo krzyczały: nie, nie chcemy być piękne, młode i bogate! Nie chcemy znaleźć idealnego męża i mieć balerinek z Venezii! Nie chcemy latać do Paryża na zakupy!  Przecież wszyscy jakoś tam tego chcą. Chyba, że ma się naprawdę głębokie pokłady prawdziwej mądrości i dystansu, a nie tylko wóz opancerzony z dyplomem Ważnej Uczelni, kierunek humanistyczny. 

Nie chcę, żeby mnie źle zrozumiano. Bardzo chciałabym, by Kasie i wielbicielki Kaś były mniejszością. By kobiety walczyły o swoje jeśli czują się dyskryminowane lub po prostu jeżeli jest im źle. By były wykształcone i elokwentne. By zamiast szpilek z Zary kupiły sobie tomik Szymborskiej. Ale też nie dziwię się, że podążają za nikłym blaskiem własnych marzeń, projekcji serwowanych im od dziecka przez popkulturę i cywilizację Zachodu. Nawet jeśli ten blask to fałsz, grzanie się przy psuedoperfekcyjnym życiu Kasi T. i, moje ulubione, "inspirowanie się". Tak, złoszczą mnie takie panienki. Złoszczą mnie Kasie i nędzne podróbki Kaś, a także to, że (jak nie omieszkały wspomnieć autorki artykułu) takie blogi mogą tak wpłynąć na nastolatki, że te zaczną uprawiać "galering", czy "sponsoring". Ale zmienić to może tylko czyjaś mądrość, albo mądrość, która spadnie z bólem na głowę takiej panny, albo nic. 


Prawda jest, jaka jest:
Niestety świat, w którym funkcjonuje „Kasia Tusk", niewiele ekonomicznie ma wspólnego z rzeczywistością śmieciowych umów. Podliczając miesięczne wydatki tylko na garderobę i kosmetyki, otrzymujemy kwotę wahającą się pomiędzy 560 a 850 zł. Nie ma żadnej możliwości, by studiując i jednocześnie pracując jako: barmanka, kelnerka, sprzedawczyni, ankieterka i zarabiając miedzy 7 a 12 zł/godz., realizować tego typu pragnienia, transmitowane na ogromną skalę przez Makelifeeasier.

Politolodzy, filologowie, socjologowie, antropolodzy, filozofowie i kulturoznawcy mogą pisać na ten temat rozprawy, książki, eseje, wykłady i sztuki teatralne. A polityka, ekonomia i popkultura i tak będzie szła w to dalej, w wizję raju konsumpcji, raju perfekcyjnego życia Kasi. Myślę, że jedyne, co można zrobić to dbać o to, żeby samemu się tym nie zainfekować. Żeby dbać o swoją mądrość - czy to będzie mądrość prostego człowieka z chatki w Sokołowie Podlaskim, czy bezpretensjonalnego (!!!) erudyty, czy kobiety, która lubi lifestylowe blogi, ale która zachwyci się biedronką, wierszem Leśmiana i chętnie pojedzie na rower za miasto w starej, niemodnej kurtce i dresie.

Kto wytrwał do końca, temu bardzo dziękuję za uwagę. Na tę przydługą refleksję wpłynęła generalnie niechęć do życia i ludzi - niechęć do Ważnych Uczelni, naukowej wyższości, niechęć do wojujących feministek, niechęć do cukierkowych blogów, niechęć do głupich dziewcząt, niechęć do paradygmatu zachodniego, niechęć do czytania "Mitu dzisiaj", niechęć do... Ale także dzisiejsze zajęcia o Stasiuku i jego "Tekturowych samolotach" i "Jadąc do Babadag"


poniedziałek, 13 lutego 2012

Oveer the seaside and far away...

Skończyłam ostatnią "Anię...". I to już nie była ta sama Ania. Wiadomo, chwyt marketingowy, że "nowe przygody" - to raz. Dwa - po tylu latach i doświadczeniach czytelniczych styl Lucy Maud był dla mnie momentami nie do zniesienia, niczym pensjonarskie gryzmoły. Każde opowiadanie ma podobną fabułę, kiczowate okoliczności i sentymentalne zakończenie. Kwiatki w stylu "burza jej loków" i "grafitowa głębia oczu" na porządku dziennym. Ania i Gilbert papierowi, nieżyciowi, płascy. Mogłabym tak wymieniać długo. Z zaskoczeń? Niedopuszczalna w poprzednich tomach tematyka niechcianych ciąż, zdrad, wojny, okrucieństwa śmierci, wątki horroropodobne. 
W zasadzie rozczarowanie, nie książką, lecz faktem, że "to już nie to". Że ja się od Ani oddaliłam i ona oddaliła się ode mnie. Choć kiedyś byłyśmy nierozłączne, gdy ja byłam romantyczna i niewinna. 
Jednakże magia nie uleciała do końca. Ostatni tom liczy 600 stron, a ja, mimo jego wad, nie porzuciłam go. Czasem otwierałam na siłę, to fakt, ale gdy już wchodziłam do środka... Tak, wciągał mnie beztroski, odrealniony świat łąk, klifów, sadów, truskawkowych polanek i domów z duszą. Wciągał, wykrzywiony dalece niewybitnym stylem Maud, świat prowincjonalnych uroczystości, życia bliskiego ziemi. A w końcu, aż wstyd się przyznać, ale po 500 stronach nieustannej indoktrynacji w tym kierunku, zamarzyła mi się znów kiczowata, sentymentalna miłość, nierealna i romantyczna do bólu. W stylu: 
"Kochali się codziennie, w każdy szmaragdowy, delikatny wieczór i noc lśniącą kryształowym przepychem. Mówił jej szalone, cudowne rzeczy. Czy ktokolwiek mógłby powiedzieć coś takiego Maggie McLean pochrapującej teraz na krześle? Przypomniała sobie wschody księżyca, które obserwowali na odległych plażach, gdzie bielały szczątki starych okrętów."
Dobrze, powściągnijmy kpiąco-rozmarzony uśmiech. Odrzućmy stylistyczny ostracyzm. 
Ten tom różni się od poprzednich. Gdyby poświęcić czas na uważniejszą analizę (brrr...) okazałoby się, że jeży się tu od naprawdę ważnych, ale prostych i bliskich życiu morałów. Może nie morałów - raczej wniosków, przemyśleń. Refleksji autorki, która sama miała wątpliwości. Można o tym poczytać w posłowiu. Mniejsza o tekst. Chodzi o życie. Życie w tak utopijnym światku jak ten z książki, ale i nasze życie - proste odpowiedzi na trudne pytania. I chwila podróży w dziewczęce, nieskalane strony wyobraźni. Wyobraźni...? 
600 stron niby znużenia, ale jakby żal odkładać. I na dodatek kręci mi się w głowie dziwna myśl - a może da się wrócić, czytając raz jeszcze wszystkie tomy od początku?

Gary Blythe (nomen omen) stworzył kilka ilustracji na okładki "Ań". Trudno je namierzyć w sieci, ale się udało. 
Niech taki więc pre-walentynkowy komentarz, tyle w tym temacie:









wtorek, 7 lutego 2012

I can see 'cause you saw me again

Myślę, że tak naprawdę (a przynajmniej na daną chwilę, jakikolwiek to ma z "naprawdą" związek)  potrzebuję po prostu spokojnego życia. Z dala od zgiełku, od wirtualnego blichtru, z dala od pokazówek, od mijania się ze światem dynamicznym, ze światem głośnym i takim bez skrupułów. Tak, przydałaby mi się taka Islandia ;) Nie wiem na jak długo byłoby takie życie realnym spełnieniem.  Zależy, czy moje zrywy i chęci "przeżywania" są tylko produktem środowiska, czy czymś dla mnie swoistym. Przekonałam się jednak kilkakrotnie, że takie "zrywy i przeżycia", "niepohamowania i szarpania" są emocjonujące głównie w wyobraźni. Że w rzeczywistości się ich boję, że zbyt gwałtownie rozrywają moją banieczkę. A w mojej banieczce jest mój tlen. Zielonkawo-żółty, ale jest. Na Zewnątrz wytrzymuję, ale zbyt wiele mnie to kosztuje. Chęć wyjścia jest głównie napędzana imaginacją, wizjami "przeżyć". A w Środku bywa duszno, ale jest b  e  z  p  i  e  cz  n  i  e. A w zasadzie o to mi chodzi.
Z resztą - po co dywagować. Que sera to i tak sera. 

I think, that actually (anyway - for this moment, however it connects with "actuality") I simply need the calm life. A long way from the tumult, from virtual sham, a long way from showpieces, from passing by dynamic world, with noisy world and so without scruple. Yes, such Iceland would be good to me;) I don't know on how long such  life would be a real fulfilment. It depends, whether my dashes and desires for "emotional experiencing" are only a product of the social life, or something specific for me. However I became convinced repeatedly, that so "dashes and experiences", of "not-restraining and pulling" are exciting mainly in my imagination. In fact I am afraid of them 'cause they violently tear the little bubble I live in. And in my bubble there is my oxygen. Greenish-yellow, but it is. Outside I am withstanding, but  it costs me to much. Desire for the exit from bubble is being driven mainly with the imagination, with visions of "emotional experiences". And Inside there is stuffy, but safe. Well, it's my principle - not talking much.Ok, what is that thinking for - que sera, sera.


poniedziałek, 30 stycznia 2012

Visual boarding on the rock

"; trzeba kogoś kochać. Chociażby po to, żeby potrzymał ci torebkę. Bo inaczej jedyna rozrywka na zimowe wieczory to boks z samą sobą"


owszem "mężczyzna bywa radioaktywnym szampanem, niestety..."

Dlatego może wreszcie wrzućmy go między bajki? Wrzućmy tumblrowo-książkową miłość. Wrzućmy imaginatorium redforum. To nie na tym polega, przecież wszyscy w głębi duszy to wiemy. Każde "motylki" zamienią się w ociężałe ćmy - pralkę, zmęczenie, wady, biegunki, kredyty. 
Można pragnąć uniesień. wszyscy ich pragniemy. Odświeżenia. Ale gdy zachorujemy, gdy zdarzy się coś strasznego, gdy wreszcie zostaniemy porwani - o kim pomyślimy w pierwszym momencie? Do kogo zadzwonimy po pomoc? Nie do "motylków". 
Takie refleksje już od bardzo dawna. To śmieszne, wiem. Jestem taka śmiesznie za młoda na to. Raptem jeden poważny związek. Poważny, bo relacja trwa do dziś. Mocna. Nierozerwalna. Raptem jedno poważnie złamane, niedoleczone serce i kilkanaście innych, popękanych ranek. A ja myślę o takich rzeczach. Mam 20 lat, życie przede mną. Co z tego, że ludzie zaręczają się parę lat po tej granicy. Co z tego, że połowa studentek starszych roczników ma obrączkę. To nieczego nie determinuje. Życie przede mną, szaleństwa przede mną. Choć kto wie, co za rogiem?
Wzmocnione myślenie po przypadkowym obejrzeniu "Rozrachunku" z R.Redfrodem (omójboże) i H.Mirren (omatkoświęta). Niby thriller. Ale pozornie. To była opowieść o kryzysie małżeńskim. O tym, jak wygląda życie rodzinne większości ludzi na ziemi. I prosta odpowiedź na pytanie - co się liczy w ostateczności. W ostatecznym rozrachunku właśnie.
Głupoty plotę chyba. Ale one wracają co jakiś czas. Pamiętam, że w październiku myślałam o tym samym, zwierzyłam się dziewczynie poznanej parę dni wcześniej (tak, wiem). Powiedziała, że też się czasem nad tym zastanawia. Ale, że mamy czas. Mamy czas na kompromisy z wyobrażeniami.

Cytaty z A.Drotkiewicz - "Teraz" 

przekorne, ale czy rzeczywiście?
chyba jestem za mała, żeby to wszystko pojąć

wtorek, 17 stycznia 2012

January's pretty good year.

Kolejna z cyklu moich "składanek", tym razem o wymowie zupełnie odwrotnej niż poprzednie :) Uważam jednak, że tezy te się nie wykluczają, kwestia wyboru? nastawienia?
Myślałam o tym dziś długo, zainspirowana właśnie "przykładem" Tori. Dużo kontrowersji wśród fanów, sama nie mogę pozbyć się wrażenia, że to nie ta sama osoba, której koncerty sprzed lat uwielbiam oglądać (ta moc, to naturalne piękno, charyzma!), nie podobają mi się też bardzo zdjęcia z ostatniego albumu, które ma wraz z Tash - wyglądają jak modelki z Vogue'a, a nie matka i córka wyśpiewujące baśń o głębokim przesłaniu. Ale w końcu jednak taka konkluzja:





niedziela, 15 stycznia 2012

Chime

Nasza przeszłość powinna być... wielkim cmentarzem. Dokładnie tak. Nie ma co ukrywać, że już zanim skończymy dwadzieścia lat umieramy tysiące razy. Zostajemy podcięci w pół kroku, wybieramy złe drogi (w zasadzie - skąd mieliśmy wiedzieć). Mieliśmy marzenia i plany, które zostały zdmuchnięte, albo wręcz zatrute.To wszystko po kolei potrzebuje swoich descansos - miejsc wiecznego spoczynku. Te wszystkie klęski, cierpienia, straty muszą zostać opłakane. Potrzeba przejrzeć swoje życia i postawić każdej klęsce, każdej małej śmierci, każdej drodze, którą się nie poszło, krzyż. Te wszystkie krzyże trzeba opłakać. Trzeba przynosić na nie kwiaty, trzeba odbyć żałobę. Nad każdym, który boli. Nawet codziennie, nawet wiele razy dziennie - przychodzić, wylać żal, odejść. Jak stare kobiety w czarnych chustkach. Trzeba wyrażać ból, aż wybaczymy tym "umarłym", że nie są żywi.To jest jakaś forma czci i jakaś forma wyrażenia złości, bólu. Trzeba o descantos pamiętać i zarazem zapominać o nich - taki paradoks , zapominanie przez czczenie pamięci.

"W życiu jest wiele rzeczy, które trzeba przygwoździć do ziemi żeby przestały się za nami ciągnąć".
Clarissa Pinkola Estes

Mam wiele takich krzyży - cały cmentarz, który rozrasta się wraz z przerzedzaniem się mgły pamięci. Niektóre descansos są widmowe, zepchnięte w podświadomość, zapomniane. Inne powinny takie być, ale są żywe i palące, jakby zmarły wczoraj. Mam descansos, które toną w kwiatach, które odwiedzam wielokrotnie w ciągu dnia. Jak motyl-żałobnica.

Przepraszam za nieco dołujący temat, ale myślę, że ważny. Mam nadzieję, że ważny. Że uzdrawiający.



A ten utwór powinien leżeć pod jednym z największych descansos, powinnam zamknąć go w drewnianej skrzyni, jak księżyc. I więcej nie otwierać (proszę, nie wklejajcie go na swoje blogi, żebym z zaskoczenia nie została nim przebita). 

Edit; Pierwszy raz przeczytałam tekst tej piosenki. Teraz już wiem dlaczego tak ci się "zapętlał". Gorzka wieść.
A wszystko to śmiesznostka.
Teraz tylko więcej kwiatów, więcej kwiatów.

sobota, 7 stycznia 2012

To hard and greedy.

Gdy patrzę na zdjęcia pięknie udekorowanych stołów, pokoi, ogrodów; gdy oglądam magazyny z regału wnętrza/ crafts/ decoration/ style; gdy przeglądam blogi z inspiracjami i blogi o wszystkim, co handmade -  nie mogę oprzeć się, żeby nie zadać pytania: po co tyle zachodu?
Owszem, to wszystko jest naprawdę urocze, piękne, zachwycające, klimaciarskie, magiczne, śliczne etc., ale dlaczego godzinami wytwarzać karteczki z imionami gości, przyczepione do łyżeczek ptaszki, ręcznie składane serwetniki, malowane wazony, prezenty zapakowane jak dzieła sztuki, notesik na listę zakupów z ręczną kaligrafią, wieszaki w zdobienia... To jest takie TYMCZASOWE. Pięć minut i karteczki znajdą się pod stołem, ptaszki zaplączą się między palcami utrudniając jedzenie, a opakowania prezentów zostaną zerwane. Dlaczego więc dopracowywać takie drobiazgi? Dla stylowych zdjęć umieszczanych potem na blogach i w czasopismach? Dla krótkiej uciechy oczu? Dla pamiątki (bo zawsze taki bilecik można włożyć do albumu). Nie przekonuje mnie to.
Śmieszą też albumy scrapowe, które tworzą szczęśliwe matki zapisując w ten sposób każdą chwilę z życia rodziny - Piotruś u lekarza, Piotruś znalazł muszelkę, Piotruś dostał prezent, Piotruś  i Tata na rowerze...
Idea fajna - celebracja wspólnych momentów szczęścia. Ale...to też mnie nie przekonuje.Wyczuwam to jakąś kreację. Jakąś nieprawdziwość. Jakąś STYLIZACJĘ.
Może to kwestia mojego charakteru - nie lubię "tracić czasu na pierdoły", jestem zadaniowa - wysiłek ma się opłacać, a efekt być widoczny i najlepiej długotrwały. Poza tym w tak szybkim świecie jak nasz nie umiem sobie wyobrazić, żeby siedzieć i dłubać przy "kreatywnych gadżetach" i to nie po to, by na tym zarobić, ale aby cieszyły oko.
Dobrze, nie będę ukrywać - podobają mi się te ptaszki, dzwonki, lampiony na drzewach, zdobione notesiki. Sama czasem chciałabym zatracić się w wypełnianiu nimi życia (tworzenie hurtowo zakładek do książek i kartek potrafi odstresować jak nic innego). 
Może po prostu tego jest za dużo - może jest zbyt powszechne, ale jednocześnie zbyt odległe od Prawdziwego Życia. Pełno czasopism lifestylowych, blogów z inspiracjami itd., lecz nie mogę uwierzyć, że to jest codzienność, że to jest norma. Że to nie naginane tworzenie kreatywnej rzeczywistości, gdzie każdy ma pasję i żyje się wśród ślicznych drobiazgów. Coś mi tu nie gra. Bo powiedzcie - czy ktoś z was widział więcej niż raz-dwa takie wypieszczone mieszkanie / przyjęcie/ prezent/ ogród? Takie nagromadzenie uroczych detali? I ich kreatywną, szczęśliwą, spełnioną twórczynię tryskającą talentem i pomysłowością jak Wezuwiusz?  Celebrującą każdy moment?












PS. Miałam trzy Nauczycielki - każda z nich posiadała tego typu cechy: radość życia, świadomość, energię, kreatywność, umiłowanie drobiazgów, uśmiech. Ale czułam, że to prawdziwe. I żadna z nich nie ma "kreatywnego bloga z inspiracjami". Choć jedna bloga ma :)
A druga oprócz gam i sonat nauczyła mnie relaksacji, technik rozwijania się, decoupage'u, filcowania. I prawdy, że w życiu trzeba umieć jak najwięcej. Nawet rzeczy zupełnie nie składających się w całość. Bo nigdy nie wiadomo, co nam się przyda i z czego możemy potem żyć. I w co zamienić to życie...

niedziela, 11 grudnia 2011

I liked it as soon as I hated it.

Chciałabym nosić w sobie niedzielę przez cały tydzień. Nosić w sobie postanowienie poprawy, milczenie, pragnienie ciszy, wejście głęboko w siebie, spostrzegawczość, dokładność, otwartość na sprawy duszy, wrażliwość na znaki, niepamięć o słabościach.
Wyliczamy swoje błędy, frustrujemy się własnym kalectwem duchowym, niedorobieniem, wyrzucamy w przestrzeń żal do siebie i do świata... Ale tak naprawdę skąd możemy widzieć co tak naprawdę jest ułomne? Gdzie tkwi rana? Często nie tam, gdzie jej upatrujemy. Skończmy więc z nagonką na samych siebie. Dajmy tam wejść Sile, która lepiej zna przyczynę słabości, a jej dotyk koi.
Lecz cóż z tych myśli, skoro od jutra wessie znów pęd? 

I would like to carry on the Sunday for a week. Wear in the provision of improved, silence, desire for peace, the entrance deep within yourself, perceptiveness, accuracy, openness to the soul, sensitivity to signs, forgetting the weakness. We calculate their mistakes, frustrated with our own spiritual disability... But really, how can we see what is really lame? Where is the wound? Often not where we see it. Let's end the war with ourselves. Let the Spirit go in there. It knows better where the weakness is, and it's touch soothes.
But what about those thoughts, when tommorow rush will capture again?




(ta woda...)


czwartek, 8 grudnia 2011

Plateau symphony

Cały czas żyłam w przeświadczeniu, że na studiach spotykają się inteligentni, w miarę dojrzali już ludzie. Myślałam, że wreszcie przestanę się borykać z pogardliwo-zawistną etykietką "Inteligo" nadaną przez starsze koleżanki w prywatnej szkole językowej. Bo miałam tylko siedem lat, warkoczyki, kolorowe rajtuzki, nie wiedziałam kto to Anastacia, a śmiałam mieć lepsze oceny od "fajnych". No, przynajmniej dawałam ściągać.
Od zawsze musiałam się z tym mierzyć - z tym, że wiem więcej, więcej czuję, więcej mówię. Bo dlaczego mam milczeć, skoro czytałam i wiem? Mam nie wychodzić przed szereg milczących w konsternacji baranów? Którzy tekstu nie przeczytali, ale "Boże, co ta baba mówi? W ogóle nie rozumiem jej bełkotu". Dla mnie zły wykładowca oznacza więcej pracy samodzielnej, a nie zlewania "bo i tak nic nie zrozumiem". Tak, jest mi głupio, że znowu to ja odpowiadam na pytania. Tak, czuję się zdeprymowana, że za każdym razem się odzywam, chociaż nie robię tego z chęci popisania się, tylko po prostu szanuję czas swój i nauczycieli.
Czy bogata wyobraźnia jest śmieszna? Czy aż tak żałosne jest dzielenie się spostrzeżeniami, Moja Droga Koleżanko z Lublina?
Wiem, w dzisiejszych czasach, kiedy rodzicom ustawowo zabrania się nauki dziecka czytać przed 6-tym rokiem życia, żeby wyrównać poziom w szkołach i ogranicza kreatywne myślenie do schematów, inteligencja nie jest w cenie. A jeżeli jest w cenie - jest produktem, stylem, lansem. Studiujemy literaturę, więc chodzimy w czerwonych gaciach, wielkich okularach i eksponujemy swoją orientację, ale jeśli ktoś odważy się zapytać : "Przepraszam, czy ma pani na myśli taką prozę jaką tworzyła Natalie Sarraute? " wymieniamy znaczące spojrzenia i unosimy swoją dumą, a także "inteligencją transcendentalną". Transcendentalną, bo niewidoczną.
Tak, ten ktoś od Sarraute, to znowu ja.
"Ta inteligentna", "Ta mądra", "Ta wygadana", "Pupilka polonistki", za to nigdy "Ta ładna", z rzadka "Ta sympatyczna". Z rzadka, bo formą obrony staje się atak - cynizm, wredota, siła, złość. 
Od niedawna znów mogę powiedzieć "Zrobiło mi się przykro..." zamiast "Wkurwiło mnie to."
Patrzą z niedowierzaniem: "Tobie przykro? Myślałam, że powiesz, że miałaś ochotę jej przywalić".

Wczoraj mignął mi w necie tumblr z napisem: "Never apologize for being intelligent". Pomyślałam: jestem na studiach, już nie muszę. Pozostaje się tylko gorzko zaśmiać.

PS: Pogarda dla inteligencji bierze się z kompleksów, wiem. Niestety wiem też, że kompleksy biorą się z pogardy dla (bezinteresownej)  inteligencji. 

All the time I lived in the conviction that on studies people intelligent, just enough seen already, will meet. I thought that I would finally stop contending with the contemptuous-envious small label granted by older friends from a private language school - they called me"Inteligo" . Because I was only seven years old, hair in plaits, colourful tights, and I didn't know who it is Anastacia, and I dared to have better marks than "cool" ones. Yeah, at least I let them cheat on tests.
Since always I have had to cope with it - knowing more, feeling more,  saying more. Because why am I supposed to be silent, since I read and I know? Am I supposed not to leave ahead of the row of rams being silent in the consternation? They didn't read the text, but "God what is this woman saying? Generally speaking I don't understand the gibbering for her ". For me the bad lecturer means more independent work, rather than pouring off "because still I will understand nothing". Yes, I am feeling stupidly, that then again it is I am answering questions. Yes, I am feeling dispirited each time I speak, although I am not doing it from desire for showing off, I only simply respect my time and teachers.
Is a fertile imagination funny? Whether sharing observations is so pitiful, dear Friend from Lublin?
I know, nowadays, when they by law are forbidding parents to teach children to read before they are six in order to level the level at schools and is limiting the creative thinking to schemes, the intelligence isn't in great demand. And if is in great demand - is a product, with style, trends. We are studying literature, so we are wearing the red underpants, large glasses and we are showing our sexuality, but if somebody will dare to ask: "excuse me, you mean such a prose which Natalia Sarraute created ?" we are exchanging meaningful looks and we are lifting with one's pride, as well as with "transcendental intelligence". Transcendental, because invisible.
 Yes, the one asking about Sarraute, is me again.
"The one intelligent", "the one clever", "the one eloquent", "Favourite of a teacher", by it never "the one pretty", sparsely "the one nice". Sparsely, because an attack is becoming a form of the defence - cynicism, power, anger.
But recently I can be telling again: "I felt hurt..." instead of "it pissed me off."
They are looking in disbelief: "You mean "feel hurt"? I thought that you would say you felt like whacking her ".
Yesterday I glimpsed on the net the tumblr with the inscription: "Never apologize for being intelligent". I thought: I am a student, no longer I must. Now I can only smile bitterly.
PS: the Contempt for the intelligence is stemming from complexes, I know. Unfortunately I also know that complexes are stemming from the contempt for (unselfish) intelligence.


.

.